The Art of Starvation
Małgorzata Bochniarz – Różańska
20.05 – 10.06.2022
wernisaż 20.05.2022 godz. 19.00
wstęp wolny
wystawa będzie udostępniana w środy od 18.00 – 20.00
kontakt: 697 975 439 / 693 083 144
Cykl prac Małgorzaty Bochniarz Różańskiej „The Art of Starvation” jest intymną, boleśnie szczerą opowieścią autorki o zmaganiach z zaburzeniami odżywiania. To ważna wystawa, która przez pryzmat prywatnej historii ukazuje problem dotyczący wielu kobiet, a nawet dzieci. W międzynarodowym badaniu nad negatywnym obrazem własnego ciała młode Polki uplasowały się na pierwszym miejscu wśród nastolatek z 45 krajów Europy i Kanady (badanie Health Behaviour in School-Age Children). 39% jedenastolatek oraz połowa trzynastolatek i piętnastolatek uważa, że jest za gruba. Fakt, że na nadwagę czy otyłość cierpi ok. 18% wskazuje na różnicę pomiędzy tym, jak dziewczęta obiektywnie wyglądają, a jak siebie widzą.Nie ulega wątpliwości, że pojęcie piękna w odniesieniu do ludzkiego ciała jest jednym z instrumentów służących opresji. W kategorii tej mieszczą się nie tylko obowiązujące w danym miejscu i czasie standardy pożądanego wyglądu, ale również stosunek, jaki jednostka ma mieć do własnego ciała (A. Dworkin). Opresji tej podlegają głównie dziewczęta i kobiety, które są socjalizowane do bycia widzianymi (P. Bourdieu) od najmłodszych lat. Małe dziewczynki uczą się o makijażu, fryzurach, strojach – służą temu różnorodne zabawki, głównie lalki. Zdaniem J. Bergera kobieta zmuszona jest do nieustannej samoobserwacji. Stale jej towarzyszy jej własny obraz.Dla S. Shapiro Barash nieustający konkurs piękności jest kolejną odsłoną syndromu zbyt małego kawałka tortu, o który kobiety są zmuszone walczyć, ponieważ najbardziej prestiżowe pozycje społeczne wciąż w dużej mierze są zarezerwowane dla mężczyzn. Wobec tego powodzenie u mężczyzn jest nieodzownym elementem sukcesu życiowego kobiety. Inne badaczki upatrują przyczyn w działaniach mediów, rozpowszechnieniu pornografii, konsumpcjonizmie, agresywnym marketingu, kolportującym takie teksty, jak „bądź najpiękniejsza, najszczuplejsza, pokaż innym na co cię stać” czy popkulturze, często sprowadzającej kobiety do roli obiektów seksualnych. Nie można pominąć roli mediów społecznościowych, różnorodnych filtrów i manipulacji fotograficznych, popularyzujących nierealny obraz ciała.
Jak zauważa R. Engeln, pod presją przekazu kulturowego nadajemy coraz mniejsze znaczenie temu, jak się czujemy, a coraz większe temu, jak wyglądamy. To samouprzedmiotowienie może mieć poważne konsekwencje, nie tylko emocjonalne, ale również fizyczne, w skrajnych przypadkach prowadząc nawet do śmierci.
Katarzyna Śmiałowicz – kuratorka
„Być anorektykiem oznacza zamieszkiwać koszmarny świat, w którym podstawowe potrzeby nie mogą być i nie będą spełnione: jest to ascetyczne więzienie, twierdza z coraz bardziej zawężającymi się granicami” (Edwards, 1987; cyt. za Wright, 1994, s. 55).Bycie artystką niesie ze sobą potrzebę wyrażania tego, co we mnie drzemie. Tego, co aktualne, również tego, co cielesne. Tego, co choć zaburzone, jest własne. Mam dość mówienia o błahych sprawach, nie potrafię już udawać, że wszystko jest gładkie i piękne. Po wielu latach rysowania i malowania martwych natur i nic nieznaczących sylwetek modeli rzucam w kąt tego typu działania. I choć plakat nie jest dla mnie naturalną formą przekazu, to tym razem czuję, że to jedyna droga do narysowania tych konkretnych myśli.Tematem przewodnim jest cielesność, którą poddaję dyscyplinowaniu, bolesnemu kształtowaniu według podyktowanych mi wzorców. Chęć wpasowania się w kanon i ogromna potrzeba akceptacji przez innych zabijają we mnie biologiczne potrzeby. Mogę zatracić się i nie wiedzieć już, jaka mam być i, czy jeszcze chcę egzystować w świecie, w którym postawiłam sobie poprzeczkę tak wysoko, że nie potrafię do niej dosięgnąć, a im bardziej się zbliżam, tym mniej mam siły na dotknięcie jej choćby i opuszkami palców.
Tylko bez etykietek proszę. Anorektyczka, bulimiczka, ortorektyczka, te wszystkie terminy są płynne. Z fazy głodzenia się możesz przejść w kompulsywne jedzenie. Jeśli nikt nie nakarmił cię miłością i akceptacją, a tym bardziej jedzeniem, to nakarmisz się sama. Najlepiej całą tabliczką czekolady na raz, a potem… no cóż. Co kto woli. Można poddać się samokrytyce i samoobrzydzeniu, poczuć falę wstydu i upokorzenia, bo przecież tak ładnie szło i od miesiąca jadłaś tylko jedną kromkę chleba dziennie na śniadanie, było tak pięknie i nagle ups, potknięcie. Jedna kromka, która była początkiem i ukoronowaniem dnia, potem już nic. Nie pamiętasz, czy wtedy piłaś, a jeśli już, to czy to była woda, czy herbata. Niektórych rzeczy się nie pamięta. Głodzenie się po pewnym czasie wprowadza człowieka w przyjemny tryb ukojenia i lekkiego haju. Czujesz, że płyniesz, unosisz się na powierzchni zdarzeń. To one niosą ciebie, ty już o niczym w zasadzie nie decydujesz. Myślisz, że masz kontrolę w momencie, gdy tak naprawdę ją tracisz. Wyzbywasz się siebie kawałek po kawałku i masz tylko tego jednego przyjaciela: wielki głód. Towarzyszy ci zamaskowany, pod postacią burczenia w brzuchu, skurczy głodowych żołądka. Jedni go odczuwają, u innych zanika wraz z całą masą emocji. W zasadzie o to chodzi, żeby nie czuć cierpienia, bólu, samotności. Głodzenie się zastępuje rodzinę, przyjaciół, wypełnia pustkę wszędzie tam, gdzie dotrze. Powoli nie pozostaje już nic, inne emocje znikają, otoczenie zamiera, jesteś tylko ty i nicość, która cię pożera. A ty cieszysz się, bo znikasz. Więc brniesz w zaparte. Nie jesz, nie pijesz i wmawiasz sobie, że nikt cię już nie uderzy, nie wyżyje się na tobie. Nikt nie przekroczy twoich granic cielesności, już cię nie nadużyje. Przynajmniej tak sobie powtarzasz…A jeśli nikt nie zareaguje w porę i ty sama też nic nie zrobisz, to fazy głodzenia się, objadania, głodzenia, remisji będą trwać latami. Trochę stresu, jakiś mały kryzys w życiu i znowu się głodzisz. Nie potrafisz sobie poradzić inaczej. Wtedy wkraczają na scenę cichym korowodem depresja, stany lękowe, myśli rezygnacyjne i zadawanie sobie bólu. Tu w zasadzie jest cały wachlarz możliwości: można się ciąć, przypalać żelazkiem, parzyć wrzątkiem, nadużywać alkoholu i leków, co kto woli. Czasami wystarczy głodówka, żeby zagłuszyć świat dookoła, czasami to za mało.Kiedy w końcu po latach usłyszysz diagnozę myślisz sobie: nie, to nie ja, ja mam wszystko pod kontrolą. To inni mają problem, ja panuję nad moim (nie)jedzeniem. Nie róbcie sobie tego, nie głodźcie się. Na początku może się wydawać, że wszystko jest dobrze, to tylko na miesiąc, dwa miesiące, może rok. Schudnę tylko trochę, będę szczęśliwsza. Potem to wchodzi w nawyk, wystarczy trudniejszy moment w życiu, jakaś stresująca sytuacja i już już, lecisz na skrzydłach autodestrukcji. To bardzo potężne narzędzie, krzywdzenie samych siebie. I choć „bycie na diecie” to ostatnio norma, wiele osób przechodzi taką „fazę”, zaczyna „dbać o siebie”. I może czasami tak jest, że dieta jest podyktowana zdrowym rozsądkiem, opiera się na wprowadzaniu zdrowych nawyków żywieniowych, nie przeradza się w nic choćby odrobinę alarmującego. Ale możecie mi wierzyć, że mnóstwo osób nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo ich relacja z jedzeniem jest zaburzona. To też nie musi od razu wyglądać tak, że zmagamy się z niedowagą albo z otyłością. Nie, nie musisz mieć niedowagi, żeby mieć zaburzenia odżywiania. To tak nie działa. Wiele osób niestety doprowadza się do stanu ostatecznego wycieńczenia, otrzymuje pomoc naprawdę późno. Czasami nie umie przyjąć tej pomocy, bo w tej chorobie jest to ogromnie trudne. Przyjąć pomoc, przyjąć jedzenie, spotkać się z kimś w kawiarni, na obiad, gdziekolwiek, wszędzie, gdzie jest jedzenie. A tobie na sam widok robi się niedobrze i ogarnia cię panika, że zaraz ktoś ci zaproponuje ciasto albo obiad i ty tak bardzo nie chcesz o tym rozmawiać, więc wymyślasz wymówki, kłamiesz, pleciesz trzy po trzy, cokolwiek, aby tylko sprzedać swoją wersję wydarzeń, dlaczego akurat w tym momencie nie zjesz. I brniesz w zaparte, gdzieś po drodze gubisz prawdę, już nie wiesz, co było na początku i, którą wersję historii wybrać dziś. Oczywiście, w którymś momencie możesz naprawdę fizycznie zacząć niedomagać. To bardziej, niż pewne. Dostaniesz leki, dietę, bo organizm w końcu przestanie działaś prawidłowo. Pytanie, jak poradzisz sobie z tą dietą, czy podejdziesz do niej tak, jak zrównoważeni emocjonalnie ludzie, czy też będziesz odliczać każdą pestkę dyni, każdą kalorię, żeby w tej diecie też być najlepszym i zdać egzamin celująco, nie pozwolić sobie na zjedzenie czegoś spoza listy.
W średniowieczu uznawane były za święte lub bliskie świętości, wystawiane na widok publiczny jak słonie w cyrku. Oświecenie diametralnie zmieniło podejście do głodzących się dziewczyn i młodych kobiet. Ich odmienność tłumaczona była opętaniem przez mroczne siły, a one same poddawane egzorcyzmom. Dziś, co tydzień spotykam się z terapeutka na sesji i opowiadam o relacjach z ludźmi w moim życiu, a także o tej najtrudniejszej relacji lub też jej braku, o tej z jedzeniem. Że go nie chcę, że mnie brzydzi, że najchętniej w ogóle przestałabym jeść, gdyby tylko istniała taka opcja. Bo jedzenie wnika w moje ciało, a ono nie chce być związane ze światem materialnym, chce być poza nim i ja też czasem chciałabym zniknąć. Poziomy autoagresji są różne, czasem czytam swój pamiętnik z przerażeniem, że miesiąc temu byłam kimś innym, kimś, kogo nie poznaję. I zastanawiam się, czy najgorsze chwile są już za mną, czy dopiero nadejdą. Codziennie zadaję sobie to pytanie. Powiedziano mi, że kiedyś miałam tylko to, głodzenie się, takiego cichego przyjaciela, który zaciskał mi przełyk i wypełniał brzuch kamieniami. Tylko, że on nie odszedł, został ze mną i nie chce mnie puścić. Pojawia się za każdym razem, gdy poczuję strach. Że nie dam rady, że coś mnie przerasta, gdy się rozczaruje boleśnie, gdy ktoś mnie nie pokocha. Więc tak tkwię sobie w tej toksycznej relacji z moim (nie)przyjacielem głodem i mówię do niego: słuchaj, fajnie było, 20 lat minęło jak jeden dzień, ale ty już sobie idź, błagam cię, idź i nie wracaj! A on nic, siedzi i nigdzie się nie rusza, a ja nie mam pojęcia, co zrobić i jakie jest wyjście z tej, niechcianej tym razem Głodówki. Bo wiecie, wcześniejsze były chciane, były świadome w tym sensie, że trwały tyle, ile ja chciałam, żeby trwały. Potem były okresy, że jadłam. W nieuporządkowany i bezsensowny sposób, podyktowany brakami emocjonalnymi, które zapełniałam jedzeniem, ale jadłam. I tyłam i chudłam i tak w kółko, aż chudniecie i utrzymywanie wagi stało się jedynym priorytetem w życiu. Reszta zeszła na dalszy plan. I teraz najlepsza cześć tej historii jest taka, że przez te ok 20 lat nie miałam pojęcia, że to E.D. Po ponad trzech latach leczenia objawów w końcu otrzymałam diagnozę i poczułam się naprawdę źle, bo …. raka można wyciąć, na stan zapalny podać leki i za miesiąc człowiek będzie zdrowy, a tu? Nie ma terminu wyzdrowienia i co najlepsze, ja czasami wcale nie chcę wyzdrowieć. Nie wiem, nie umiem żyć inaczej. Nie pamiętam albo nigdy nie poznałam normalności. Więc teraz uczę się jakby życia od nowa. I tego, że z ludźmi trzeba rozmawiać, mówić o swoich potrzebach. Że nie wystarczy przy kimś nie zjeść, żeby wiedział, czego chcę albo czego nie chcę albo, że mnie zranił. Rozmowy są trudne, rodzina i znajomi nieprzyzwyczajeni, że ja też masz potrzeby. Przez całe życie ich nie miałam, wiec skąd ta zmiana? Czy nie mogłabym jednak chodzić na terapię i zrobić przy okazji tak, żeby nic się nie zmieniło? Czyli mam dalej tylko dawać i dawać nie oczekując niczego w zamian? To trochę jakby niesprawiedliwe? Nie? Poza tym to chyba naturalne, ze człowiek ma potrzeby te niższego i te wyższego rzędu. Już nie mówię o tym, że wymagam, aby ktoś mi powiedział, że mnie akceptuje. Potrzeba bycia kochanym i akceptowanym jest w ogóle na szarym końcu, w zasadzie jej nie ma. Co czuje człowiek, który siebie nie akceptuje i się głodzi? Czujesz, że nic nie znaczysz, jesteś brzydka, gruba, nie możesz patrzeć na siebie w lustrze, w każdym wyglądasz inaczej. Masz wrażenie, że tracisz rozum, przestajesz ufać więc lustrom, sprawdzasz dziesiątki razy dziennie kości w różnych miejscach ciała, kości szczeki po śniadaniu, wystające żebra przy wstawaniu z łóżka, kości biodrowe przy zakładaniu bielizny, kości rąk przy podciąganie rękawów swetra do góry. Przychodzą dni, że to nie wystarcza, więc jesz jeszcze mniej w nadziei, że gruby brzuch zniknie, a nogi przestaną być jak dwie wielkie bele. Co kilka miesięcy ubrania trzeba albo wymieniać albo zwężać. Łatwiej jest kupić nowe, a stare schować z satysfakcją na dno szafy, bo są za duże i niepotrzebne. Zawsze można jeszcze zacisnąć pasek w talii w za szerokiej sukience tak, aby trzymał się na żebrach. Trochę mocniej ściskasz, żeby czuć było jego napór na kości, inaczej będzie się zsuwać i wyglądać nieestetycznie. Co jakiś czas dorabiasz dziurki w pasku i zaciskasz coraz ciaśniej i ciaśniej, okłamujesz samą siebie, ze nic absolutnie się nie dzieje. Każdy czasem chudnie zwłaszcza na tej diecie od lekarza, która pomaga ci wyzdrowieć. W ten sposób przez bardzo długi czas udaje ci się okłamywać innych, ze idziesz po zdrowie, gdy tak naprawdę dzieje się coś zupełnie innego. Nikt nic nie podejrzewa, ty chodzisz na cykliczne badania i wizyty kontrolne. Twoje wyniki są coraz gorsze, zaczynasz mieć anemię, niedobory, tracisz masę mięśniową. Dostajesz coraz więcej tabletek, bierzesz już 14 dziennie, w tym podwójna dawkę leków nasennych. I tak nie śpisz. Marzysz, żeby to się skończyło. Za pięć minut chcesz, żeby trwało do końca świata. Zasypiasz, wstajesz, robi ci się niedobrze na samą myśl o śniadaniu, gdy przychodzi pora na obiad marzysz, żeby wyrzucić wszystko do śmietnika albo w ogóle nic nie gotować. Masz zawroty głowy, ręce trzęsą ci się z głodu, gdy wieczorem kładziesz głowę na poduszce, czujesz jak ślina gromadzi się nadmiernie, brzuch jakby ściśnięty, a ty dalej nie czujesz łaknienia.
Jak przerwać błędne koło samo-zatracenia? Każda osoba z tym zaburzeniem ma podobne problemy, ale ich rozwiązania można szukać bardzo długo. Nie ma jednej dobrej odpowiedzi na pytanie, co robić i, jak z tego wyjść. To może trwać miesiącami, latami, mogą być nawroty, możesz w ogóle się poddać. Nikt ci tego nie powie, co będzie dalej. Więc, zanim zaczniesz się głodzić, zadaj sobie podstawowe pytanie, czy naprawdę tego chcesz? Pełnego pakietu, wszystkich objawów psychosomatycznych, bólu, wstydu, samotności? Czy jesteś gotowa pójść tam sama i móc nie wrócić? Czy naprawdę warto?
Małgorzata Bochniarz – Różańska
Wystawy i wydarzenia w Galerii Jak odbywają się dzięki wsparciu Miasta Poznania
#poznanwspiera